pisz czytaj
2005
październik
lipiec
maj
2004
wrzesień
maj
marzec
RÓŻNE
Liść :-) biały z "Seven days" -Stinga
Dziewczyna w berecie szaro-czarno-biały.

FANTASY
Zima... i dama z jeziora. Button gratis :)

FAUNA
Koń na murze malowany... żółty... stary szablon

FLORA
Zima las zimą..
Tulipan zielono - biały szablon z kwiatkiem

HP
Parvati Patil zrobione na zamówienie, ale nie wykorzystane.
Sprzedam, oddam, wynajmę, zamienię, wydzierżawię. 2005-10-19 16:04:55


Nie mam co tu robić. Szkoda mi kasy, ale ... no co mam z tym zrobić.
Zaczne sie tu uczyc historii.

skomentuj (6)



31 sierpnia, czyli że ostatni dzień wakacji wcale nie musi być nudny 2005-07-23 10:44:22


Piętrowy dom, pod samym lasem, wypełniony był liryczną, spokojną melodią. Zaglądała ona w każdy jego zakamarek, wypełniała każdą lukę swoimi wibracjami. Była jego kompatybilną częścią. Nad budynkiem unosiło się bezchmurnie niebo. Słońce oświetlało korny drzew w lesie, tworząc bajeczną pajęczynę nad głowami wędrowców. Tyle tylko, że dziś nikt nie wędrował. Las kołysał się w takt muzyki i wiatru lekko muskającego liście zmuszając je do szaleńczego tańca. Do domu wiodła wydeptana ścieżka, którą właśnie oddalały się dwie kobiety. Na dachu siedziała brązowa sowa, ciekawie obserwująca otoczenie. Na ganku, przed drzwiami leżał pies, pilnując pozostałych domowników. Ci mieszkańcy to moi rodzice, siostra i ja. Wspomina wcześniej muzyka wydobywała się z instrumentu stojącego w salonie. Przez uchylone okno wpadało do pomieszczenia trochę światła, które oświetlało wsłuchanego z melodie mężczyznę. Na spokojnej twarzy malował się uśmiech a przymknięte oczy nadawały wrażenie osoby śpiącej. Moje palce spokojnie wydobywały melodię z klawiszy sporych rozmiarów pianina. Muzyka i jej tworzenie sprawiały mi jawną przyjemność. Preludium powoli dobiegało końca, więc i ja powoli zniżałam tony, aż ucichły. Popatrzyłam na mężczyznę siedzącego w fotelu. Uniósł powieki i uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam ten gest.
- Zrobić ci herbaty? – zapytałam wstając od instrumentu.
- Poproszę – odpowiedział mi. Powędrowałam w takim razie do kuchni. Owszem łatwiej byłoby za pomocą różdżki, mniej w tym jednak przyjemności. Postawiłam wodę i wyjęłam z szafki szklankę. Wrzuciłam torebkę i odczekałam aż zagotuje się woda. Jako, że trochę trzeba było poczekać siadłam sobie na blacie kuchennym i obracałam w dłoniach łyżeczkę. Zapatrzyłam się w okno gdzie Max gonił własny ogon, gdy zagwizdał czajnik informując o zagotowanej wodzie. Wlałam wrzątek do szklanki, wsypałam łyżeczkę cukru i pomieszałam. Z talerzyka z owocami zabrałam dwa jabłka i wróciłam do salonu. Postawiłam szklankę przed tatą i podałam mu jabłko.
- Skąd wiedziałaś? - zapytał nadgryzając owoc.
- Znam cię tato – uśmiechnęłam się.
- Mówisz jak mama – pociągnął łyk napoju i z zadowoleniem stwierdził, że zawiera cukier.
- O właśnie gdzie ona jest? – zapytałam z zaciekawieniem. - Zniknęła tak wcześnie, że nawet nie zdążyłam spytać.
- Poszła na Pokątną po odpowiednie składniki – stwierdził smętnie. Zafrasowałam się, bo to przecież nie tak powinno być.
- A jak ty się czujesz? – wstałam i podeszłam do fotela ojca. Przysiadłam na oparciu opierając brodę o jego głowę. Ręce zapętliłam na szyi i przytuliłam się lekko.
- Dobrze córeczko – uśmiechnęłam się sceptycznie i pokiwałam głową. Roześmiał się i wstał. Podszedł do okna, stanęłam obok niego. Objął mnie ramieniem a ja położyłam głowę w okolicy jego barku. Byłam córka swojego taty i bez problemu potrafiłam się do tego przyznać. Tworzyliśmy szczęśliwą, przepełnioną miłością rodzinę. Nagle dość mało płynnym ruchem leciała w stronę okna wielka jasna sowa.
- Hermes – uśmiechnęłam się, głaszcząc puchacza po głowie. Ten wysunął nóżkę z przyczepionym do niej listem. Odwiązałam go i położyłam na parapecie. Zwierze zahukało domagając się odpowiedzi.
- Dobrze, dobrze tylko go przeczytam – powiedziałam, rozpieczętowując kopertę. Przeleciałam wzrokiem tekst, uśmiechając się szeroko. Jak na ostatni dzień wakacji zapowiadał się całkiem ciekawie. Byłam przekonana, że czeka mnie odgniatanie kanapy w salonie, czy łóżka w sowim pokoju. W ostateczności i tak poszłabym na Pokątną po podręczniki. Alice wybawiła mnie jednak z niebezpieczeństwa skrajnego zanudzenia, wysyłając zaproszenie na towarzyskie spotkanie pod kawiarnią. „Tą, co zawsze” brzmiał przypis na samym dole. Roześmiałam się. Nie zmieniła się przez wakacje, przynajmniej nie w sposobie bycia. Dalej jest równie awangardowa i nieprzewidywalna, co zwykle. Mama, od kiedy ją poznała zawsze powtarza, że nie może się nadziwić naszą przyjaźnią. Ona i matka Alice za sobą nie przepadały i było to najdelikatniejsze określenie tej niechęci. Dumałam sobie dalej wpatrzona w okno, nie zwracając uwago na otoczenie.
- No odpisz, bo znając ciebie jeszcze się spóźnisz - z zamyślenia wyrwał mnie głos ojca, czytającego zaproszenie przez moje ramię. Skwapliwie pokiwałam głową, kierując swoje kroki do gabinetu. Na odwrocie wiadomości nakreśliłam odpowiedź twierdzącą. Zanim jednak wróciłam do salonu przekopałam stertę papierów, piętrzących się na biurku, znajdując przysłany tydzień temu list z Hogwartu. Z miną zwycięzcy pojedynku Lily Lupin kontra nieporządek na biurku wyszłam z pomieszczenia.
- Tato w gabinecie znowu nawarstwiły się bardziej i mniej potrzebne kartki – powiadomiłam rodziciela przekraczając próg pomieszczenia.
- Wiem Lily – skrzywił się, na co ja tylko się uśmiechnęłam. Hermes zadowolony z obciążenia odleciał z wiadomością do właścicielki. Podeszłam do pianina i strzepnęłam drobinki kurzu, które na nim osiadły. Palcami zawadziłam o klawisze. Zabrzęczały cicho.
- Zabrałam spis podręczników, kupię po drodze – zwróciłam się do ojca, machając zapisaną kartką papieru.
Skinął głową, obdarzając mnie potrzebną sumą pieniędzy. Westchnęłam spoglądając na zegar widzący nad kominkiem. Jeszcze trzy godziny.

Siedziałam sobie na zasłanym posłaniu, nadgryzając jabłko, pochłonięta w lekturze „Historii założycieli Hogwartu”, w tle roznosił się najnowszy przebój legendarnego już zespołu Fatalne Jędze. Przymknęłam książkę i zaczęłam wtórować wokaliście. Zdziedziczyłam wielkie malowidło przestawiające czwórkę zwierząt, wielkie drzewo i Hogwart w tle, które teraz zdobiło najszerszą ścianę w pokoju. Przyglądając mu się dokładnie można zauważyć w rogu inicjały J.P. Mój pokój to siedlisko twórczego nieładu, którego ujarzmić nie potrafi nikt. Biurko zawsze zawalone jest karteczkami, książkami, kubkiem z wystygłą już herbatą, przyborami do pisania, gumkami i tysiącem innych bibelotów. Ścianę poza obrazem zdobi też zegar i wisząca paprotka. Okno wychodzi centralnie na las, dlatego po łóżku jest drugim moim ulubionym miejscem do siedzenia. Jak przystało na dziewczynę szafa zawalona jest różnego rodzaju ubraniami. Pod łóżkiem stacjonuje kufer czekający na spakowanie. Regał po brzegi załadowany był książkami. Kolejne moje zboczenie otrzymane w genach po rodzicach. Na wierzchu jednego ze stosów leżała wielka „Księga ziół” otwarta na temacie o tojadzie. Półkę wyżej opasłe tomiszcze „Sekretów czarnej magii” straszyło wchodzących grubością i ciemnymi czarnymi bądź ciemno czerwonymi brawami. W samym środku biurkowego rozgardiaszu stacjonowała lampka i zwój pergaminu zapisanego nutami. Przygnieciony podręcznikiem transmutacji flet czekał na zmiłowanie właścicielki. Rozłożyłam książkę na powrót, nogi ulokowałam na poduszce a głowę na rękach i rozpoczęłam lekturę. Czytało się płynnie i przyjemnie. Barwny opis przeniósł mnie do lochów i Salazara Slytherina warzącego coś w obszernym ciemnym gabinecie. Na półkach stały słoje z przeróżnymi zakonserwowanymi cząstkami, na ścianach wisiały pęki suszonych ziół a na środku pomieszczania stał parujący kociołek. Mężczyzna pochylał się nad cieczą dodając do niej pewien składnik. Dym przybrał kolor krwistej czerwieni. Opis ciągnął się dalej, pradawne słowa wylewały się na światło dzienne wraz z kolejnymi kratami książki. Przewracam stronę za stroną zachłannie wczytując się w dalsze rozdziały. Zegar wybił pierwszą. Zamarłam przecież na wiadomości od Alice było napisanie pierwsza trzydzieści.
- No i się spóźnię! – krzyknęłam sama do siebie, zeskakując z łóżka. Rozejrzałam się po pokoju. Szafa. Rozwarłam drzwiczki na całą szerokość i się załamałam. W kłębowisku ubrań nie dało się rozpoznać, co było bluzką, co skarpetkami a co spodniami. Nagle samotna nogawka, smętnie zwisająca z jednej z półek ucieszyła mój wzrok. Pociągnęłam za nią. Ukazały się jeansy w całej okazałości, jednak przy okazji na podłogę wysypały się inne ubrania w osobie staników i spódniczek. Na najniższej półce upatrzyłam czerwoną bluzkę z krótkim rękawem. Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam ją, uprzednio jednak upychając pozostałe ciuchy, na którejś z w miarę pustych półek. Bluzka podobnie jak spodnie rzucona została na łóżko. Ponownie rozejrzałam się po pomieszczeniu.
- Bluzka jest, spodnie są – wyliczałam. Na poręczy krzesła przewieszony był biały plecak, ale to nie o niego mi chodziło. Zastanowiłam się, czego jeszcze mi brakuje. Na jednym z wieszaków wisiał mój biały polar, zdjęłam go i również położyłam na łóżku. Jednak wciąż czegoś mi brakowało. Rozejrzałam się wokoło.
- Buty! – olśniło mnie. – Tylko gdzie ja je wrzuciłam?
Dobre pytanie, obok łóżka leżały kapcie, ale w nich przecież nie pójdę. Zajrzałam pod biurko, do szafy i w każdy kąt pokoju. Żeby mieć spokój obejrzałam parapet. Wyciągnęłam kufer zaglądając nawet do niego. I nagle mnie olśniło. Łóżko. Zanurkowałam w czeluści swojego posłania macając podłoże. Jeden but, drugi. Odetchnęłam i wyczołgałam się spowrotem na świat. Pochwyciłam wszystkie ubrania i przemieściłam się do łazienki. W pośpiechu ściągałam z siebie domowe ubranie a wciągałam spodnie. Teraz bluzka. Spojrzałam na zegarek. Jeszcze dwadzieścia minut. Spóźnię się wiem to. Ubrałam polar, poprawiłam kołnierzyk. Zapięłam na szyli delikatny łańcuszek i złapałam za szczotkę. W pośpiechu rozczesywałam włosy. Nie chciało mi się szukać gumki, więc zostawiłam je rozpuszczone. W biegu wróciłam do pokoju. Złapałam za plecak i wpakowałam do niego pieniądze, chwyciłam za flet, co spowodowało upadek podręcznika. Huknęło, a flet zniknął w czeluści torby. Przyklęknęłam i wciągnęłam na nogi adidasy. W pośpiechu je sznurowałam. Skończywszy podniosłam się porwałam plecak i z głuchym dudnieniem zaczęłam zbiegać po schodach.
- Do zobaczenia tato – wyrzuciłam z siebie, mijając go w przedpokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi frontowe, mijając także Maxa. Biegłam dróżką, a pies podążał chwile za mną. Teraz już tylko złapać Błędnego Rycerza. Na łóżku pozostała tylko otwarta księga.

W zatrważającym tępię przemierzałam kolejne przecznice. Wpadając na ludzi mówiłam szybkie przepraszam. Miałam już z dziesięć minut spóźnienia. W innych okolicznościach wystawy sklepowe nęcące przechodnia zwabiłyby i mnie. Teraz jednak śpieszyłam się na spotkanie z własną przyjaciółką, na które nie omieszkałam się spóźnić. Na ramieniu dyndał mi plecaczek, który co jakiś czas poprawiałam. Gdy w oddali zamajaczył mi szyld kawiarenki odetchnęłam z ulgą. Pobiegłam w tamtą stronę. Siedziała tam razem z bratem, który nie bardzo interesował się światem zewnętrznym.
- Cześć – wydusiłam, stając przy stoliku z rozwianymi włosami i lekko zaróżowionymi policzkami.
- Hej - uśmiechnęła się wesoło i nerwowo obracała w palcach długi warkoczyk. - Spóźniłaś się.
- Wiem – popatrzyłam na nią przepraszająco. – Znasz mnie, zaczytałam się.
Pokiwała głową i wskazała mi krzesło obok niej. Klapnęłam na nie, ruchem dłoni odgarniając włosy z twarzy, by nie opadały mi na oczy.
- Cześć Alan – przywitałam także brata swojej przyjaciółki, wszech nie zainteresowanego rzeczywistością.
- Cześć dziecko - burknął cicho i wrócił do przeglądania jakiegoś sportowego szmatławca.
Przełknęłam to dziecko, chociaż nie cierpię jak ktoś tak do mnie mówi. To, że niektórzy są starsi wiekiem wcale nie oznacza, że zachowaniem też.
- Ja nie wiem jak ona mogła na niego spojrzeć – szepnęłam zdegustowana co przyciągnęło uwagę Alice.
- Kto? Na kogo? Dlaczego? – strzeliła we mnie pytaniami. Czuję się ja na wojnie ostrzeliwana ze wszystkich stron.
- Jane się zakochała w twoim szanownym braciszku – szepnęłam jej na ucho wywracając przy tym ostentacyjnie oczami.
- W tym... w tym czymś? – zająknęła się patrząc na mnie ze skrajnym niedowierzaniem w oczach.
- Uhm – na więcej mnie nie było stać, gdyż usilnie starałam się stłumić śmiech.
- Lil, jesteś pewna, że nikt jej nie zrobił krzywdy w głowę? Albo, może ma kłopoty ze wzrokiem? – zadała kolejne pytania patrząc to na mnie to na swojego brata.
- W żadnym wypadku – roześmiałam się po chwili Alice zaczęła mi wtórować. Dopiero wtedy zobaczyłam drugiego chłopaka siedzącego przy stole. Trąciłam przyjaciółkę łokciem i wskazałam na niego.
- Och, to jest Blaise.. BLAISE - trąciła chłopaka łokciem. - Lil, to jest Blaise, Blaise to jest Lily Lupin.
- Cześć – skinęłam lekko głową i wyciągnęłam rękę w jego stronę.
- Miło mi - mruknął nieśmiało Blaise i uścisnął mi dłoń.
- To przed chwilą... Nie pomyśl, że my jesteśmy jakieś inne – powiedziałam do chłopaka lekko się uśmiechając.
- Nie, absolutnie.. my tylko z bliska tak wyglądamy – uśmiechnęła się Alice i zatrzepotała rzęsami.
- E... nie no.. ja nic nie ten... - wyjąkał cicho Blaise.
- Z jakiego jesteś domu i na jakim roku? – zapytałam zaglądając mu ciekawie w oczy.
- Skończyłem już szkołę. Pracuję w błędnym rycerzu razem z Alanem – odpowiedział spoglądając na kolegę.
- W takim razie w jakim domu byłeś? – ponowiłam pytanie z tą tylko różnica, że teraz było ono w czasie przeszłym.
- W Slytherinie – odpowiedział odchylając nie na krześle. Zamyśliłam się, strasznie tolerancyjny jak na mieszkańca swojego domu. Przynajmniej takie sprawia pierwsze wrażenie. Ja mam chyba inny rodzaj szczęścia. Zdarza mi się trafiać zawsze na ludzi z schematycznie przyjętej reguły wrogości lub po prostu moich antypatii.
- Ślizgon – słowo wyrwało mi się w natłoku rozmyślań. Westchnęłam, zdmuchując kosmyk włosów z twarzy. Kątem oka spojrzałam na Alice. Lustrowała wzrokiem chłopaka. Zerknęłam na niego. Przyglądał mi się w zastanowieniu pocierając brew.
- Ślizgon – potwierdził wreszcie choć moja wcześniejsza wypowiedź wcale nie była pytaniem. Alice odchrząknęła lekko, wędrując oczami ode mnie do niego i spowrotem. Otrząsnęłam się z zamyślenia.
- Jesteś zbyt nieśmiały jak na Ślizgona – spojrzałam na niego spod półprzymkniętych powiek.
- Taa, akurat. On nieśmiały – prychnęła moja przyjaciółka wtrącając się do rozmowy.- On po prostu uważa, że nie ma o czym rozmawiać z młodszymi - pokazała mu język i wykrzywiła się złośliwie.
- Nie prawda. Cicho bądź głupku młody - zaśmiał się cicho i pociągnął ją za warkocz. Roześmiałam się, rozmawiali ze sobą jakby się długo znali i pewnie tak było. W końcu przyjaciel brata to jak jej przyjaciel, co z tego, że lekko zadziorny.
- Ja nie musze z nim rozmawiać jeśli twierdzi, że z młodymi nie ma o czym ja mu mogę zagrać – przerwałam ich małą sprzeczkę wyjmując z plecaka zamknięty w futerale flet i kładąc go na stoliku na potwierdzenie swoich słów.
- Nie, proszę. Lil nie znęcaj się nade mną w ostatni dzień wakacji! – zajęczała Alice, robiąc wielce zbolałą minę.
- Gram lepiej niż ty śpiewasz – odgryzłam jej się i wystawiłam język w geście przekory.
- Bo ja w ogóle nie śpiewam, zacznijmy od tego. Bo mnie w domu uczyli, ze nie wolno czynić drugiemu, co tobie nie miłe – stwierdziła inteligentnie, przekręcając głowę lekko w prawo. Jeszcze okulary i wyglądałby jak któryś z profesorów. Machnęłam tylko ręką.
- Ja ci na nazwisko? – zwróciłam się do niedawno poznanego chłopaka.
- Zabini – powiedział.
- Arystokrata a przynajmniej z arystokratycznego rodu – stwierdziłam uśmiechając się do niego.
- Bez komentarza - mruknął chłopak. Popatrzyłam się po pozostałych, Alan niewzruszenie przeglądał gazetę, Alice dusiła się z tłumionego śmiechu.
- Z niego taki arystokrata, jak z koziej... – zaczęła i znowu rozpoczęły się ich przegadywanki. Oni nie są wiele lepsi jak odwieczne, przegadujące się rodzeństwo. Jakbym słyszała Alana i ją kłócących się na czasem najbardziej błahe tematy. Przegadywali się z czego zrobić kobzy lub kto jest malutki a kto wielki.
- Ekhm – wtrąciłam się. Spojrzeli na mnie. – Ja tez jestem w wieku Alice. Nie lubisz swojego pochodzenia? – przyglądałam mu się ciekawie.
- Nie lubię o tym mówić. Ale ją znam dłużej niż ciebie i dla mnie ona jest młoda. I już - uśmiechnął się do mojej przyjaciółki.
- Mniej szalona ode mnie nie jest – pokazałam dziewczynie język. Ta jedynie pogroziła mi palce i uśmiechnęła się szeroko. – Jak przedstawiała mnie na początku Alice, moje nazwisko to Lupin. Mówi ci coś ono? – zapytałam nie byłam pewna czy to na pewno ten sam rocznik co syn Potterów.
- Tak, twój ojciec uczył mnie obrony. - Blaise skinął głową. Uśmiechnęłam się do siebie, czyli jednak ten sam. Wzięłam flet i schowałam spowrotem do plecaka. Przy stole zapadła cisza. Każdy spoglądał na każdego, tylko braciszek Alice szeleścił gazetą. Odchyliłam się na swoim krześle i zobaczyłam Oresta. Chłopaka z naszej klasy. Niósł ze sobą stos książek. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, ze przecież i ja powinnam zakupić potrzebne mi podręczniki. Westchnęłam, zdmuchując kosmyk włosów z twarzy.
- Będę się chyba musiała pożegnać – powiedziałam i z uśmiechem powiodłam wzrokiem po zebranych.
- Gdzie ci się tak śpieszy? Może jesteś umówiona, przechodził tędy przed chwilą taki jeden – przytyki Alice są czasami drażniące. Nagle cos mi zaświtało, skoro o nim mówiła musiała go widzieć. Zresztą od trzeciej klasy panna Simons, dość dużo swojej uwagi poświęca naszemu przystojnemu znajomemu.
- Owszem jestem – odpowiadam zaczepnie, czym zwracam jej uwagę. – Z księgarnią i swoimi nowymi podręcznikami – roześmiałam widząc jej minę. Zamachałam jej wyjętą wcześniej listą potrzebnego do nauki asortymentu.
- Aha – mruknęła, jednak chwile potem odzyskała rezon. – To jak spotkamy się za godzinę w parku – zawyrokowała. – Wszyscy wiedzą gdzie?
Pytanie padło na wszelki wypadek. Mężczyźni skinęli głowami i zadowoleni z uśmiechami na twarzach skierowali się w stronę sklepu miotlarskiego. My swoje kroki skierowałyśmy w stronę Esów i Floresów. Zajęło nam to nieprzeciętnie długi okres czasu, gdyż Alice musiała przystawać przy co drugiej wystawie sklepowej i komentować jej zawartość. Po jakimś czasie zaczęłam jej wtórować, tym bardziej, że jednej z nich, w samym centrum leżały sobie męskie gatki koloru różowego z nadrukiem białego misia.
- Eee – na tyle było stać moją przyjaciółkę, wpatrująca się jak urzeczona w męską część garderoby.
- Twarzowe – stwierdziłam ze śmiertelna powagą. Wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Ty mi powiedz jaki facet ubierze się w coś takiego? – wyszeptała zszokowana.
- Wiesz... może ten no... – zacięłam się i poszukałam w umyśle odpowiedniego słowa. – Transwestyta.
Roześmiała się tak głośno, że oglądnęła się na nas cała ulica z mijającą nas staruszką włącznie. Więcej podobnych przygód nie było i księgarnia zbliżała się wielkimi krokami. Jej szyld z wymyślnymi floresami przyciągała uwagę nawet największego ignoranta sklepowych wystaw. Stanęłyśmy przed szybą obserwując wystawę i przechadzających się wewnątrz ludzi. Na wystawie stała najnowsza książka madame Sonur „Zapomnij kim jesteś a przypomnij sobie kim byłeś”. Wróżbiarstwo pod wymyślnym tytułem. Nie pociągają mnie takie sprawy. Oderwałam wzrok od szklanej szyby i popatrzyłam na przyjaciółkę. Moje oczy natrafiły na pustkę. Zniknęła, tak po prostu. Westchnęłam i pchnęłam drzwi. Owiał mnie zapach farby drukarskiej. Wciągnąłem powietrze. Uwielbiam zapach książek i starych i nowych. Po księgarniach, bibliotekach i antykwariatach w magicznej i mugolskiej części Londynu mogłabym buszować w nieskończoność. Wyjęłam z plecaczka spis książek i zanurkowałam między regałami.
- Obrona przed czarną magią, zielarstwo, transmutacja... – wymieniałam sobie układając na ziemi pokaźny stos podręczników. Kichnęłam, gdy kurz kolejnego wyjmowanego tomiszcza dotarł do moich nozdrzy. Buszując między kolejnymi działami odnalazłam książkę o dość ciekawym tytule. Dorzuciłam ją do stosu i próbowałam go podnieść.
- Pomóc ci? – usłyszałam za sobą czyjś głos. Zaprzestałam walki z grawitacją i odwróciłam się.
- Alex! Asha! – rozpromieniłam się, podnosząc z klęczek. Słynne rodzeństwo. Nierozłączne. Nikt nigdy nie widział ich jedno bez drugiego. Krukoni, ale bardzo mili. – Och, bardzo chętnie, ta wiedza tyle warzy – stwierdziłam i roześmiałam się. Alex jak przystało na silnego mężczyznę zabrał się z całym naręczem moich zakupów do sprzedawczyni. My wątłe kobietki grzecznie podreptałyśmy za nim. Kasjerka z uśmiechem zmniejszyła cały mój zakup, a ja wrzuciłam wszystkie podręczniki do plecaka.
- Serdeczne dzięki za pomoc – powiedziałam wesoło zwracając się do bliźniaków.
- Przyjemność po mojej stronie – rzekł kurtuazyjnie Alex i potrząsnął czarną czupryną.
Roześmiałam się i w tak wybitnym humorze wyszłam z księgarni.

Siedziałam w umówionym miejscu. Nie powiem, oparcie parkowej ławki wcale nie bywa przyjemnym miejscem do siedzenia, ale w ten sposób miałam szerszy kąt widzenia na alejki. W rękach obracałam flet. Czekałam od dłuższego czasu, ale czego ja się spodziewam, po Alice i jej bracie nie da się oczekiwać punktualności. Zresztą mężczyźni utykający w sklepie ze sprzętem do jakiejkolwiek dziedziny sportu też nie nalezą do ewenementów przyrody. Zaczęłam grać, by wypełnić czymś czas oczekiwania. Zresztą jak wróci tu moja szanowna przyjaciółka to nie omieszkam jej ochrzanić. Tak sobie znikać i zostawiać mnie słowa nie mówiąc. Nie ma tak dobrze, nie puszczę jej tego płazem. Nie zostawia się przyjaciół bez słowa wyjaśnienia, przed witryną sklepową. No chyba, że zapanowała jakaś nowa moda. Przymknęłam oczy. Musiałam się uspokoić by nie wygarnąć Alice co o niej myślę. Nie potrzebnie mi kłótnie przed samym początkiem roku szkolnego. Spokojne i racjonalne myślenie, upomniałam się w duchu.
- Nie zaśnij tutaj – usłyszałam obok siebie. Odjęłam flet od ust i odwróciłam się ocierając ramieniem o rozmówcę. Podniosłam wzrok by zobaczyć z kim przyszło mi rozmawiać.
- Nie spałabym gdybyście się nie spóźniali – uśmiechnęłam się.
- Pewnie byłbym na czas gdyby Allan nie spotkał jakiejś swojej znajomej – mruknął chłopak, sadowiąc się obok mnie.
- I skoro on sobie poszedł z jakąś dziewczyną to tobie się przypomniało, że byliśmy omówieni wszyscy w parku – zaironizowałam wesoło. Pokiwał zapalczywie głową. Uśmiechnęłam się i zeskoczyłam z ławki.
- Odprowadzić cię kawałek? – zapytał stając obok mnie.
- Jak chcesz – powiedziałam i zaczęłam iść. Chłopak krok w krok podążał za mną. Nagle do głowy wpadł mi szatański pomysł. Przyspieszyłam i kątem oka obserwowałam co zrobi mój towarzysz. To samo. Zaczęłam biec i tak jak podejrzałam Blaise zaczął mnie gonić. Chyba domyślił się o co mi chodzi. Nie uciekałam za daleko. Dopadł mnie.
- Uciekasz przede mną? – zapytał opierając się nonszalancko o drzewo.
- Nie ja cię jedynie prowokuję – powiedziałam niewinnie i uśmiechnęłam się jak rasowy aniołek.
- Przebiegła diablica – obszedł drzewo stając za mną.
- No ja możesz tam mówić na tak czystą duszyczkę jak ja? – udałam oburzenie i niby w złości klepnęłam go w ramię. Roześmiał się. Ruszyliśmy dalej. Cała droga minęłam nam na rozmowie i śmiechach.

Siedziałam na łóżku, z nowym podręcznikiem do obrony przed czarną magią na kolanach. Chyba z piec razy nawiedziłam ojca w gabinecie, w celu informacji o czymś co akurat wyczytałam. Czasem dobrze mieć człowieka który wie od ciebie więcej. Czekał mnie ciekawy rok, przynajmniej z tego przedmiotu. Rozmyślałabym pewnie dalej ale musiałam i spakować kufer i przyjąć osobę która właśnie pukała do moich drzwi.
- Proszę – krzyknęłam zamykając podręcznik i odkładając go do pozostałych.
- Co roisz córeczko? – do pokoju weszła Amanda Lupin. Jednak nie sama, niosła ze sobą… gitarę. Oczy mi zabłysnęły.
- Zamarzłam zabrać się za pakowanie – wskazałam kufer i całą stertę bardziej lub mniej poukładanych ubrań, podręczników, pergaminów i innych szczególików, które należało zapakować.
Mama usiadła na krześle i oprała instrument o biurko. Ześliznęłam się z łóżka i podeszłam do niej.
- Przyszłaś w jakimś konkretnym celu? – zapytałam zaczynając przekładać papierki na biurku.
- Tak – powiedziała i zawiesiła glos. Popatrzyłam na nią.
- Chciałam ci ją dać – dokończyła po chwili wskazując na instrument.
- Dziękuję – rzuciłam się ściskając ją za szyję. Rodzice zawsze wiedzieli jak mnie uszczęśliwić. Gitara, moje odwieczne marzenie. Tak wiem ktoś powie mam pianino i flet ale ona to nie to samo.
- To teraz się już całkiem spakuj – uśmiechnęła się i zostawiła mnie z moją ekscytacją.
Patrzyłam z niechęcią na kufer. Pakowanie nie cierpię tego rytuału. Klęknęłam na ziemi. Kątem oka zauważyłam karteczkę która pałętała się pod szafą. Po chwili męczenia się wydobyłam ją. Zobaczyłam równe pismo własnego ojca. "Poeta przemawia do nas słowami, kompozytor tonami, a czyn przestępny śladami. I jak nie potrafimy zrozumieć poety, gdy nie umiemy czytać, jak niezrozumiały będzie kompozytor, gdy nie zna się nut, tak pozostanie dla nas niemym czyn przestępny, jeśli nie zrozumiemy jego języka i nie będziemy mogli odczytać, ocenić i wykorzystać śladów" – napisał mi kiedy jeszcze zaczynam naukę gry na pianinie. Dawno to było, a wraz z tym jednym świstkiem papieru wróciły. Odłożyłam kartkę i zaczęłam się pąkować. W czeluściach kufra niknęły, równo poukładanie ubrania i wszystkie inne wymienione przeze mnie wcześniej rzeczy. Włożyłam również futerał z fletem. Pakowanie zakończyłam przed północą. Znalezione motto przypięłam do tablicy i położyłam się na łóżku. Dopiero teraz poczułam jaka jestem zmęczona. Szybko się przebrałam i wsunęłam w ciepłą pościel. Nie minęło parę minut a z głową przyłożoną do poduszki śniłam o czekającym mnie roku szkolnym.

skomentuj (4)



Zaczynamy jeszcze raz. 2005-05-15 10:24:57




Ponieważ tu się tylko zbierał kurz, od dzisiaj będziemy sprzątać. Usuniemy niepotrzebne linki. Zostaną stare notki, ale powstaną też nowe. Mam nadzieję, że bardziej wciagające.

Lily Lupin - jest to córka Remusa Lupina i Amandy Charles. Ma starszą siostrę - Jane. Jeśli ktoś czytał "Bieg przez płotki" i "cassiopeię" na pewno wie, o co tu chodzi.

Alice Simons - córka Jasmine Simons. Najpiękniejszej dziewczyny z Hogwartu, która nie wyszła za mąż. Ma jednak dwoje dzieci: Alice i Alana. Ich ojciec- Jonathan Tracey, pracuje w Ministerstwie Magii i nigdy nie ma czasu na nic. Dzieci widuje tylko w swięta i sporadycznie w wakacje.

Witamy na czwartym roku w Hogwarcie!

skomentuj (6)



Magiczne Szablony witają :) 2004-09-18 16:31:48


Wcześniej był tutaj pamiętnik Harry'ego Pottera, aczkolwiek nie będzie już dalej pisany. Notki zostaną, aczkolwiek wszelkie wpisy z księgi i linki zostaną usunięte. Od tej pory będzie można sciągnąć stąd magiczny szablon na swojego bloga. Dziękuję za uwagę. Mam nadzieję, że znajdą się jacyś entuzjaści szablonów, których nie znajdzie się nigdzie indziej. :-) Witam!



skomentuj (18)



Egzaminy egzaminy, męczą mnie nauką dziewczyny 2004-05-30 00:03:10


Hermiona i Emma to są w ogóle dziwne z lekka. Ciągle by się tylko uczyły i uczyły, a ja tam se wole z Harrym na miotłach pośmigać. Co one tak przeżywają te egzaminy. I tak zdadzą. Dobrze, że tak późno się pokapowały, bo teraz to mają czas tylko swoje powtórzyć i mnie już męczyć nie będą. Po poługniu poszliśmy do wierzy, a spódniczka Hermionyh, po konfrontacji z Parkindon kończyla sie w połowie ud. Nawet wyzej niż w połowie. Nogi to ona ma opalone. A niby się tak obie z Emmą nie przejmują wyglądem, a Emma też... Bluzka krótka taka, że jej wszystko widać. Nie wiem. Może to sprawka Parkinson, ale one by się mogły tak ubierać. Ledwo weszliśmy do wspólnego,a one obie jakieś wściekłe poszly i trzesnęly drzwiami. Patrze na Harry'ego. On na mnie i nie wiemy o co chodzi.
- Nie zrozumiesz dziewczyn -powiedział i usiadł. Przyniosłem szachy i ledwo zdąrzyłem rozstawić, już te dwie znowu wróciły. Hermiona ubrana po swojemu. Chciałem sobie pograć, a te kazaly mi się uczyć. To, dałem im do zrozumienia, że ja chcę pograć i niech się one o mój egzamin tak nie boją bo to źle na cere robi. Hermiona prychnęła coś po swojemu i schowała się za książką większą niż szachownica.
- Ron, mógłbyś chociaż przypomnieć sobie czym charakteryzuje się..
- Emmo, jest piątek. Jutro. Daj odpocząć po ciężkiej pracy umysłowej -powiedziałem zadowolony, że udało mi się powiedzieć coś co brzmiało mądrze.
- Umysłowej? Ron, nie rozśmieszaj mnie. Twoja praca umysłowa ogranicza się do kierowania widelcem. Masz też patent pilota na sterowanie łyżką. To wszystko.
- Miałaś tam czytać ten kafelek chodnikowy to się nim zajmij - powiedziałem i odwróciłem się do szachownicy, gdzie Harry poczynał sobie niekoniecznie fair. Kiedy się odwróciłem, zrobił niewinną mninę i radził mi uważac i patrzeć na sytuację na planszy. Czułem, że robie się głodny. Dziewczyny pogrążone we śnie, leżały po obu stronach kanapy. Jasne, my na podlodze a któlerwny sobie śpią...


Was RON

skomentuj (38)



24 godziny z mugolem. Poradnik samoobrony napisał H.Potter 2004-03-27 18:34:31


Dwadzieścia cztery godziny spędzone z mugolką w ciele Emmy, to był poporstu koszmar. Po tym jak próbowała mnie pocałować pod stajnią Grannusa, nie mogłem się skupić na jednej czynności. Jak ona wogóle śmiała. Wróciliśmy do zmaku. We wspólnym siedzieli już przyjaciele. Ron najwyraźniej mało zadowolony z życia. Usiedliśmy obok nich na kanapie.
-Ron co jest?
-Nic.
-Czyli co.
-Czyli nic-odparł.
-No nie to nie. Hermiono?-uniosłem brwi, ale ona tylko dumnie uniosła głowę i odwróciła się do Rona bokiem, najwyraźniej pokazując, jak bardzo ją to nie obchodzi.
-A jak sobie chcecie. Emmo...Ee... Ruth znaczy. To jest Seamus, Dean i Neville. Nie bajeruj ich-powiedziałem ostrożnie, patrząc na zegartek. jeszcze jedenaście godzin i wróci Emma. Cułem, ż etbrakuje mi tego jej charakterystycznego gestu odrzucania włosów i prychania na Rona, za każdą głupotą. Własnie...Ron znowu jakieś załamanie przeżywa. Hehe... Hermiona się zdecydować nie może. Bieeedna. Ta to ma problemy, naprawdę. Ruth właśnie udawała, że czyta księgę z zaklęciami i zadawała co chwilę pytania: "To można zrobić? Pokaż? A to... co to znaczy "ekspeli...-cośtam". ŁAł! Patrz zmienia kolor! Oo a co to za kiciuś? Aaha... to mój. No dobra. A too? Ale wielkie!! Ron, to nie twój? O sorry Hermi. Nie lubisz Hermi? ". Hermiona odpowiadała na to wszystko znudzonym głosem. Mugolka była co najmkniej podeksajtowana tym, ze znalazła się w magicznym świcie. Co pare minut się szczypie i ciagle chce iśc na spaceer do Zakazanego Lasu. No i gadaj z taką walniętą. Coś wspomina o jakiś "Tomie" i marudzi na brak odpowiednich kosmetyków. Ale po co jej to. Przecież Emma i tak jest ładna. Gdybym nie mieszkał z mugolami, miałbym jej dość, ale jak na razie poza tym, ze czasami się narzuca, nic złego nie robi. No... może poza rozbiciem wazy, ale Hermiona naprawiła ją zaklęciem.('UAAAAAU, JAK TO ZROBIŁAŚ?') Och... Ciagle gada i gada. Mieliśmy iść na kolację, ale Hermiona wyniośle stwierdziła, że ona zostaje, jeśli ON idzie. Ron rozbrojony miał chyba ochotę przywalić w końcu Hermionie. Nie no.. nie uderzyłby jej.
-O co się pokłóciliście?- wyleciała Ruth[Emma].
-Nieważne-ucieli jednocześnie i odwórcili sie do siebie plecami.
-Dobra. Nie wnikam-wycofała się Ruth. No Emma, by się nie wycofała. Zaczęła by przemowę... Eeh... Emma... kiedy one w końcu obie wrócą do normalności. Prooooszę!! NIe zniosę jej dłużej. Niekltóre mugolki nie mają mózgów, tak jak niektór wiedźmy. Hermiona się wyniosła do dormitorium, do nas przysiadła się reszta klasy. Wyjaśniliśmy im co się stało. Parvati i Lavenedr od razu obczarapiły Ruth i zaczęły z nią obgadywac "tego drania Malfoya". Gdy Hermiona wróciła i zoabczyła, że Ruth siedzi z dziewczynami, odetchnęła z ulgą. Usiadła obok mnie na kanapie i stwierdziła, że Nigdy wiecej nie będzie narzekała na narzekającą Emmę. Ron spojrzał na nią jakoś dziwnie i nic nie powiedział. Ja ich czasami mam dosyyyyć!! Ludzie co za dzieciaki!! Jak w przedszkolu. Nic nie powiedziałem, żeby go nie dobić. Wyszliśmy na kolację. W Wielkiej Sali, oczywiście Ruth się przyczepiła do dziewczyn. No i dobra. Właśnie we trzy planowały jakieś dzikie rozbije, podczas pobytu w Hogwarcie Ruth. Hermiona zanudzała, nie przepraszam...ona tłumaczyła Neville'owi, jak się robi eliksir na lepszy porost roślin. Myślałem, że Rona coś na miejscu strzeli. Zaczął kręcić dziurę w talerzu i robił to aż Hermina:
-Możesz przestać?
I mógł od razu. Nie wiem czemu on zawsze może jak się do niego Hermiona uśmiechnie.

skomentuj (33)



Po drugim zadaniu... po wszystkim. 2004-03-11 21:15:34


Drugie zadanie już było. Nie mogłem znaleźć mojego dziennika. Zgubił się. Znowu. Teraz kupiłem sobie nowy. :) Fajnie prawda? Dzisiaj rano Ron zwalił mnie z łóżka, łaskaiwe informując, ze za dziesięć minut rozpoczyna się zielarstwo. No to śmiesznie bardzo. Wskoczyłem w ciuchy i pognaliśmy w stronę cieplarni numer cztery. Emma i Hermiona, które oczywiście już tam były nie raczyly nawet na nas nawrzeszczeć. Obie trajkotały o czymś z przejęciem. NIe podeszliśmy do nich tylko zaczęlismy rozmawiać z Deanem i Seamusem. Ron był w szoku, kiedy dowiedział się, że jego siostra chodzi(ła)[to nie jest do końca ustalone] z Seamusem.
-NIC NIE WIEDZIAŁEM!! NIECH JA DORWĘ TĘ SMARKULĘ!!-krzyczał dwie godziny później, kiedy już jako-tako odzyskał głos. Hermiona i Emma naśmiewały się z siostry Agi, która odwiedziła naszą szkołę.
-Uaaau, patrz Hermiono! Była wyprzedarz lalek Barbie- zaśmiała się Emma w Wielkiej Sali, gdy minęły nas obie blondynki, Malfoy i jego goryle.
-Co to są lalki Bar-costam?-zapytał Ron.
-Zabawki mugolskich dziewczyn-odparła mechanicznie Hermiona i usiadła. Przerwa między zielarstwem a opieką trwała chyba z piętnaście minut, a one się uczyły! No i po co? Hagrid przyprowadził nam magiczne stworzenia. Jakieś syczące i prychające... coś. Nie za bardzo go słuchałem. Emma rysowała coś patykiem na piasku, a Hermiona robiła notatki siedząć na pieńku drewna. Reszta klasy, albo siedziała na ogrodzeniu, albo wogóle nie opszła na lekcje. Ron oczywiscie musał wepchnąć rękę do otworu który miał być nosem tego czegoś, natomiast okazał się jamą gębową. Został wysłanyu do Madame Pomfrey, która cudem pozbyła się swoich "pomocników" po tym jak kłócą się wylali jakiś ważny eliksir i wybili okno. Konkretnie to Hermiona rzucała czymś w Malfoya i trafiła, ale w okno. Ron, do tej pory się z niej naśmiewa. Obiad bez Rona przebiergał raczej smętnie. Najbardziej rozśmieszyła mnie Lana, która tradycyjnie podeszła, ale Emma powiedziała jej, że lepiej gdyby oddaliła się na określoną odległość, bo ona jest dzisiaj nie w humorze i nie chce być zazdrosna, i dobrze jej radzi, i jeśli chce jeszcze trochę ponosić tę swoja silikonową powłokę, to niech, uwaga cytuję: "Spada". Myślałem, że nie wytrzymam. W drodze do Wierzy Północnej minęliśmy zalaną łzami jęczącą Martę, która krzyczała coś w stylu :NIEWDZIĘCZNYYYYY!!!!!!!!!! A za nią leciał rozchichotany i wyraźnie szczęśliwy Irytek, drąc sie w niebogłosy : I BRZYDKA!! BRZYDKA TEŻ JESTEŚ!! Oczywiśnie nie mógł sobie darować i wkleił Hermionie gumę do żucia we włosy. Ale się wściekła. Syczała i tupała. No sama radość. Pozbyła się tej nieszczęsnej malinowej gumy i powiedziała, że sie zemści. Ciekawe jak? Po chwili jednak sama się z siebie śmiała. Po dobrej godzinie wysłuchiwania przepisu eliksiru na czkawkę, który popisowo deklamowała Hermiona, weszedł Ron z owiniętą bandażami ręką.
-Co z nią?-zapytała Emma, która w pozycji "kwiatu lotosu" powtarzała za Hermioną składniki.
-Z nią? z ręką?
-Nie, pytałam jak się czuje szafka przy łóżku w skrzydle szpitalnym-prychnęła Emma.
-Aah... no cierpi na brak towarzystwa. Słyszałaś, że rozstała się z panem stolikiem?
-Niemożliwe? Jak on to znósł?-przejęła się Hermiona, a Emma mało nie fiknęła z kanapy, ze śmiechu.
-Wypłakuje się nodze od łóżka. Biedaczka-westchnął Ron. Zaczęliśmy się śmiać.
-Najśmieszniejsze jest to, że parawan zaczął się koło niej kręcić. Ale szafka, mówi, że nie czuje sięgotowa na taki wielki związek- wykrztusił Ron, a mnie zwaliło z nóg. Brechaliśmy się, aż do trzeźwości umysłu powróciła Hermiona.
-Dobra. Co z tą twoją kończyną? Kiedy ty się wreszcie nauczysz, ze nie pcha się łap Glichostworkowi do pyska.
-Co, komu siegdzie nie robi?
-Glichostworek, to to zwierzątko. Powinienieś chcoaż wiedzieć, do czego rękę wsadziłeś-powiedziała zarozumiale Hermiona, po czym wstała i przemierzyła pokój współny.
-A ona gdzie i czemu?-uniósł brwi Ron.
-A kto ją tam wie, te Hermione- odpowiedziałem i zaczęliśmy się śmiać. PO chwili jednak przyjaciółka wróciła z pergaminem i piórem.
-Co będziesz robiła?-zapytał od raz Ron.
-Napiszę list do rodziców- odpowiedziała. Zapanowała cisza. Słychać było tylko wrzaski wszysctkich gryfonów, ale z naszej czwórki wszyscy pisali, albo tak jak Emma mamrotali pod nosem.Czasem sie zastanawiam czy z jej umysłem wszystko w porządku. No ale nic to. Poszliśmyz ronem do Seamusa i Deana, zagrać w Eksplodującego durnia. Po jakimś czasie przysiadł sie też Neville.
-Spotkałem Malfoya...- zaczął powoli.
-No i?-zapytaliśmy wszyscy czterej równocześnie.
-No i jak zwykle... -mruknął.
-Dolatego, ze jest wyjatkowym idiotą. Przecież jest taki głupi, że nie rozróżnia jednej strony pióra od drugiej-powiedział Seamus.
-Właśnie. Nie przejmuj się Neville-powiedział Ron i wróciliśmy do gry. Z zapalczywej wali wyrwał nas szum głosów i poruszanie kilkudziesieciu par stup . Kolacja. Nie, tego nie mozna przgapić. Pobiegliśmy z chłopakami przez tłum , niefortunnie wpadając na McGonagall.
-Potter, możebyś patrzył jak chodzisz?
-Przepraszam pani profesor-odpowiedziałem i poszedłem dalej, bo sorka nie wykazywała jakiegoś wiekszego zainteresowania powodem rozdeptania jej nóg. Podczas kolacji siostra Agi najwyraźniej podrywała Malfoya, pod nieobecność siostry. Parvati powiedziała, ze owa Slytherińska piękność odrabia jakiś szlaban u Vectora. No dobra. Nie wiedziałem, że chodzi na numerologię. Wogóle to nie sądziłęm, ze Vector kontaktuje ze światem zewnętrznym. Co ona musiała zrobić na tej jego lekcji, zeby ją zauwazył? Podpaliła mu krzesło? Spowrotem w pokoju wpsólnym. Hermiona pogoniła mnie z kanapy obok Rona i sama się tam przesiadła najwyrażniej stęskniona. Łał. Emma kłóciłą się z Lavender o Balibinkę, która i tak siedziała u mnie na kolanach wiec po co te wrzaski, ze ona nie jest wstrętna.

skomentuj (15)





Desing by Cassiopeia